„W górach jest wszystko, co kocham!” Biwak w Bieszczadach

W górach jest wszystko, co kocham
Wszystkie wiersze są w bukach
Zawsze kiedy tam wracam
Biorą klony mnie za wnuka…

Właśnie ten fragment poezji Jerzego Harasymowicza towarzyszył harcerzom podczas weekendowego biwaku w Bieszczadach. A wybrali się na niego wspólnie wędrownicy z Zaklikowa oraz zuchy i harcerze z Tarnowskiej Woli.

Biwak 55 Drużyny Wędrowniczej ,,Szum-Bum” i 65 Drużyny Wędrowniczej ,,Sokół” z Zaklikowa oraz 2 Szczepu Harcerskiego ,,Szkwał” z Tarnowskiej Woli odbył się od piątku do niedzieli w przedostatni weekend września. Bazą był Ośrodek „Caritas w Myczkowcach.

Piątkowy wieczór minął na podróży oraz na obrzędowym ognisku ze śpiewem choćby kultowych „Bieszczadzkich Aniołów”. Po kolacji i toalecie zagwizdano ciszę nocną – to był znak dla wartowników do zapalenia latarek czołówek oraz odpalenia niezawodnych nocą krótkofalówek. To w końcu Bieszczady, pachnące wilkiem i niedźwiedziem…

Hej! W góry, w góry w góry! Popatrz – tam wstaje blady świt.
Jeszcze tak nieporadnie chce ominąć szczyt.
Hej, miły panie, czekaj! Zaraz my też będziemy tam,
Nie będziesz musiał schodzić z połoniny sam…

Słowa harcerskiej piosenki wyznaczyły rytm sobotniego słonecznego dnia. Po rozćwiczce o świcie oraz toalecie i śniadaniu wszyscy ruszyli w kierunku bieszczadzkich szczytów – celem była magiczna o tej porze Połonina Wetlińska. Pogoda była idealna – słoneczne i niemal bezchmurne niebo oraz lekki wiatr pozwoliły poczuć prawdziwie zakapiorski klimat. Po posiłku przy Chatce Puchatka (tam dżem i konserwa turystyczna smakują najlepiej!) wędrowcy ruszyli grzbietem Wetlińskiej w kierunku Smerka. Wędrówka była zacna! 

A wieczorem na kolację (własnoręcznie pokrojoną i na ognisku ugotowaną) żurek i kociołek. Oczywiście nie mogło zabraknąć harców przy wieczornym ognisku oraz nostalgicznych nut Starego Dobrego Małżeństwa:

Anioły bieszczadzkie, bieszczadzkie Anioły
dużo w was radości i dobrej pogody
Bieszczadzkie Anioły, Anioły bieszczadzkie
gdy skrzydłem cię trącą już jesteś ich bratem…

Ostatniego dnia po porannej rozćwiczce, apelu mundurowym i Mszy świętej obstawianej przez harcerzy przyszedł czas na zwiedzanie „polskiego zoo” w Myczkowcach, pełnego jeleni, danieli, dzikich świń, kóz, kucyków, lam czy polskich kurek… Nie można było nie wstąpić do ,,Ogrodu biblijnego”, aby poczuć zapach roślin z czasów Mojżesza i oczywiście Chrystusa.

Już spakowani, po własnoręcznie ugotowanym na ognisku obiedzie (jarzynowa wyjątkowa jest tego roku) ruszono w stronę domu, ale to nie był koniec przygody. Po drodze nie zabrakło czasu nad Jeziorem Solińskim, a następnie w niesamowitych ruinach klasztoru obronnego Karmelitów w Zagórzu, z niebiańskim sklepieniem, widokową wieżą, klasztornym ogrodem oraz metaforyczną bieszczadzką drogą krzyżową…

Zostanie tyle gór, ile udźwignąłem na plecach, zostanie tyle drzew, ile narysowało pióro… 

Słowa piosenki zespołu „Dom o zielonych progach” są doskonałym podsumowaniem bieszczadzkich chwil – góry uczą wytrwałości, szczególnie tej harcerskiej. Bieszczady to kwintesencja harcerstwa, Bieszczady nim pachną, w Bieszczadach nim się oddycha…

Do zobaczenia już niedługo Bieszczadzkie Anioły!

Czuwaj!